
Mówi się, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny, że wszystko, co nam się przytrafia, ma swój cel. To jedna z wielu teorii, którą mój ścisły umysł odrzuca od razu, bo przecież, kto potrafi się choć chwilę nad tym pochylić, bez trudu dojdzie do wniosku, że to nie może być prawdą. Po prostu nie może nią być i już. Wiem, że tak nie jest i nie mam co do tego żadnych wątpliwości, ale jak większość dla wygody przyjmuję to za dogmat, takie niepisane prawo. Jakąś przyczyną najczęściej, choć nie zawsze, tłumaczymy sobie to wszystko co nas spotkało, a czego nie jesteśmy w stanie objąć rozumem, zrozumieć czy zaakceptować. Po czasie, często na siłę, dopasowujemy fakty, zaistniałe przed lub po punkcie zwrotnym, i całość nam się jakoś logicznie układa. Chciałbym wierzyć, podobnie jak większość zresztą, że to co nas nie zabije, to nas wzmocni - lecz z taką wiarą u mnie jest już dużo gorzej. To chyba nie jest takie proste powiedzieć jednoznacznie, że coś mnie nie zniszczyło więc musi w perspektywie okazać się czymś dobrym. Jest wiele rzeczy, które mnie nie złamały, ale spowodowały, że coś we mnie pękło i mój sposób pojmowania, odbierania czy patrzenia na świat zmienił się diametralnie. Przydarzają nam się czasem takie historie, które wydają się ponad nasze siły. Dzięki bliskim, kanonowi własnych zasad, uporowi i determinacji, pasji, pracy... pokonujemy przeciwności losu, ale stajemy się innymi ludźmi. Dobrze to i źle jednocześnie. Paradoksalnie natomiast, często w tych złych wydarzeniach szukam drugiego dna. Właśnie w tym - wszystkim złym, co mnie spotyka, szukam przyczyny, jakiś zależności, konsekwencji mojego bycia, moich wyborów.
Gdyby jednak tak było, że ludziom przytrafiałoby się to na co zasługują, a pokonanie każdej przeciwności czyniłoby ludzi lepszymi. To byłbym "za", byłbym "na tak" - bezapelacyjnie. W tej chwili większość bajek kończy się słowami: "(...) i żyli długo i szczęśliwie" - a ja w tym niestety wyczuwam sarkazm.